wtorek
| 15 października 2019

Kilka dni temu opisałem zaskakujące perypetie towarzyszące twórcom popularnego w latach 90. sitcomu ,"Frasier" - niecodziennie przecież zdarza się serial, w którego obsadzie znajduje się i radykalny katolik prowadzony przez Ducha Świętego, i aktywiści na rzecz LGBT. Aktorka, która publicznie chwali się swoją aborcją i aktor, który wspiera kampanię przeciw zabijaniu nienarodzonych dzieci. Aktor, któremu nienawidzący białych ludzi rasista zamordował ojca, a potem grupa czarnoskórych bandytów zgwałciła i zamordowała mu siostrę - i scenarzysta, którego ostatnia powietrzna podróż zakończyła się na ścianie World Trade Center. A to wszystko tylko telegraficzny skrót - jeśli ktoś nie czytał, odsyłam do pierwszej części.

Zgodnie z obietnicą, w drugiej części nie będzie już wielowątkowości - skupimy się na historii tylko jednej osoby, ale to historia na tyle ciekawa, iż uznałem, że zasługuje na osobny tekst. To historia kolejnego aktora z obsady serialu "Frasier". Saul Rubinek, bo o nim mowa, to - jak pewnie już wywnioskowaliście z danych osobowych - Żyd. Kanadyjski Żyd. Kanadyjski Żyd urodzony w Niemczech. Kanadyjski Żyd urodzony w Niemczech i mający polskie korzenie. Zanim Saul Rubinek został zaangażowany przez producentów serialu "Frasier", wystąpił w kilku hitowych filmach, takich jak "Wall Street" w reżyserii Olivera Stone'a, czy w zrealizowanym przez legendarnego Clinta Eastwooda westernie "Bez przebaczenia". W tym samym roku - 1987 - kiedy miliony widzów w (amerykańskich i nie tylko) kinach oglądały Rubinka na wielkim ekranie, a jego koledzy z planu lecieli wypoczywać na Bahamach lub Karaibach, hollywoodzki aktor udał się w podróż... na prowincję w komunistycznej Polsce. W dodatku zabrał ze sobą rodziców i... kamerę.

To właśnie tu, w Pińczowie, wychowywali się jego rodzice. To tutaj się w sobie zakochali, tu chodzili na pierwsze randki, wreszcie - w środku wojennego piekła - to tutaj się pobrali, jako jedyna w okolicy para w tamtym czasie. Syn postanowił nakręcić film dokumentalny o wojennej historii swoich rodziców, a trzeba przyznać, że była to historia intrygująca. Na filmie (prawdopodobnie nigdy nie emitowanym w Polsce - a szkoda, wielka szkoda) widzimy małżeństwo spacerujące po Pińczowie. Po alei na wzgórzu, gdzie umawiali się na randki i w innych miejscach, których nie widzieli od ponad 40 lat. Bali się tu wracać. Bali się, że odżyją w nich traumatyczne wspomnienia. Matka reżysera, Frania, prowadzi kamerzystę do bram kościoła, pod którym Niemcy zgromadzili miejscowych Żydów w celu egzekucji. Wśród prowadzonych na śmierć była także Frania i jej rodzina. Jakiś niewytłumaczalny zbieg okoliczności sprawił, że choć zgromadzeni wokół niej ludzie ginęli, rozszarpywani przez niemieckie kule, ona przeżyła. Twierdzi, że do dziś pamięta krzyki tych ludzi, które budzą ją w nocy.

Traf chciał, że pewnego dnia, już w czasie wojny, prowadzącą prowizoryczny sklepik Żydówkę odwiedziła Polka, Zofia Bania. Chciała zrobić u niej zakupy, ale zabrakło jej pieniędzy, żeby kupić wszystkie towary, których potrzebowała. Żydówka Rubinek wykazała się rzadką w tych nieludzkich czasach przyzwoitością - dała Polce wszystkie produkty, których potrzebowała i umówiły się, że Polka zapłaci przy następnej wizycie, po tygodniu. W czasach wojny dawanie komukolwiek czegokolwiek na kredyt i "na zeszyt" nie było zbyt modne - przecież nigdy nie miało się pewności, czy zadłużony klient dożyje jutra.

To była najlepsza inwestycja w całym życiu Frani Rubinek. Polka zapamiętała jej tę serdeczność, obie panie zaprzyjaźniły się. Kiedy Żydówka znalazła się już w beznadziejnym położeniu, nie miała dachu nad głową i wraz ze świeżo poślubionym mężem czekała już tylko na śmierć lub zsyłkę do obozu zagłady (a była w zaawansowanej ciąży), anioł przyszedł z odsieczą z niespodziewanej strony. Zofia Bania dowiedziała się o tragicznym położeniu tej obcej kobiety, i kazała komuś przekazać, żeby przyjechała do niej na wieś. To nie jest polukrowana historia, nie wszystko jest w niej słodkie jak miód. Mimo serdeczności Zofii, jej mąż od początku był niechętny idei przyjmowania niewygodnych gości, czego nie omieszkał zaznaczyć już na samym początku, kiedy nawet nie powitał ludzi, którym od tego dnia udzielał gościny przez ponad dwa następne lata. Nie był aniołem, a w chwilach kryzysu i głodu podobno nawet chciał wyrzucić żydowską parę na pewną śmierć, na co stanowczo nie zgadzała się jego żona. Co więcej, to nie była całkiem bezinteresowna, jednostronna pomoc - małżeństwo Rubinków, przez ręce pośredników, regularnie dostarczało swoim wybawcom pieniądze, żeby ci mieli z czego przyrządzać im posiłki i zapewniać inne potrzeby.

Swoją drogą, jeśli ktoś widzi coś niemoralnego w tym, że para ubogich gospodarzy w zniewolonym kraju pobiera pieniądze od osób, które ukrywa, to wykazuje się albo złą wolą, albo kompletnym niezrozumieniem specyfiki tamtych czasów. To nie było tak jak dziś, że w każdej chwili można pójść do "Biedronki" i za grosze nakupić konserw, najtańszych parówek, do tego jakiś chleb, cebula, multiwitamina i już da się kogoś utrzymać przy życiu przez jakiś czas. Wtedy było inaczej. Do sklepu daleko, w sklepie pustki, dojechać ciężko, pieniędzy mało albo wcale - więc jedli głównie to, co sami wyhodowali. To nie są nieograniczone zasoby - w czasie wojny zazwyczaj nie wystarczało to do zaspokojenia głodu samych gospodarzy, a tu jeszcze doszły dodatkowe gęby do wykarmienia. Skąd mieli wziąć te dodatkowe racje żywnościowe? Wyczarować? Antysemickie kury wcale nie zamierzały znosić więcej jaj tylko dlatego, że pojawiło się takie zapotrzebowanie.

Doskonale zresztą rozumieli te specyficzne warunki Rubinkowie, którzy w filmie wcale nie wypominają tego Polakom, a wręcz przeciwnie - ponoć w ramach wdzięczności, wysyłali im pieniądze z Ameryki jeszcze długo po wojnie. Nic dziwnego - w końcu Polacy uratowali im życie nie tylko w sensie symbolicznym, ale i w dosłownym - ryzykowali dla nich własnym życiem. Bo pewnej nocy do ich domu zapukali Niemcy. Postanowili zostać na noc. Kilku z nich trzeba było przenocować w pomieszczeniu, gdzie za ścianą ukrywani byli Rubinkowie. Żeby zakryć małe drzwiczki prowadzące do ich ciasnego pomieszczenia, Zofia Bania przygotowała tuż obok tych drzwiczek posłanie dla swojego 7-letniego syna. Niemcy mieli posłanie tuż obok niego. Tak się złożyło, że Izrael Rubinek - ojciec aktora i twórcy tego dokumentu - był w tym czasie chory i nie mógł powstrzymać się od kaszlu, a w tych warunkach każdy dźwięk oznaczałby dekonspirację i natychmiastową egzekucję Rubinków, ich polskich wybawicieli i ich synka. W dramatycznym momencie Żyd poinformował żonę, że wepchnie sobie dłoń jak najgłębiej, aż do gardła, by powstrzymać kaszel, i prosił żeby nie rozpaczała jeśli on z tego powodu zakrztusi się i umrze.

Ale wtedy zdarzył się kolejny cud. 7-letni Polak wykazał się dojrzałością godną osoby dorosłej i wpadł na pomysł, dzięki któremu ocalił życie wszystkich domowników. Leżąc przy tej ścianie, sam zaczął udawać, że kaszle. I kaszlał tak całą noc, zagłuszając kaszel Rubinka. Niezadowoleni hitlerowcy słabo się tej nocy wyspali, ale nie mogli przecież rozstrzelać dziecka tylko za to, że kaszlało i nie dało im się wyspać. Oboje Rubinkowie na filmie mówią o tym jako o prawdziwym cudzie, sławiąc mądrość i poświęcenie polskiego dziecka. Dzięki niemu przeżyli. Kamera utrwaliła moment, w którym żydowskie małżeństwo wraz z synem - aktorem po ponad 40 latach odwiedzają dom, w którym znaleźli ocalenie, i ludzi, którzy za tym ocaleniem stali, czyli staruszkę Zofię Banię i jej syna, mającego już około 50 lat, żonę i własną rodzinę. Filmik, z narracją w języku angielskim, znajdziecie na portalu Vimeo, po wpisaniu w Google: "Rubinek So many miracles".

Ta historia, niepasująca do antypolskiej narracji Grossa, Grabowskiego i reszty tego nikczemnego towarzystwa, wyszła na jaw, bo żydowskie małżeństwo, uratowane przez Polaków, wychowało sobie przyzwoitego syna, który w dodatku stał się sławny i miał do czynienia z branżą filmową. Możemy tylko wyobrażać sobie, ile było takich historii, o których nikt się nie dowiedział, bo syn kogoś uratowanego przez Polaków nie stał się sławny, albo nie umiał okazać wdzięczności wobec tych, dzięki którym miał szansę się urodzić.

Czy to nie budująca historia...? Żydówka idąca na rękę Polce, i Polka ratująca życie Żydówce - a to wszystko w czasach powszechnych antagonizmów i starcia wielkich ideologii. Jeśli ludzie są dobrzy, to cała reszta: pochodzenie, wyznanie, poglądy i kolor skóry schodzą na dalszy plan. Dobrzy ludzie zawsze znajdą nić porozumienia. A dobrzy ludzie to ci, którzy nigdy nie zgadzają się na zło.

Fot. Agnieszka Radzik

Opublikował:
Razprozak
Author: Razprozak
O Autorze
Z wykształcenia dziennikarz, z zamiłowania badacz historii. W wolnych chwilach lubi troszkę po dekomunizować Polskę. Któregoś dnia przestało mu się nie chcieć i zaczął działać. Jego Facebookowy profil (Raz prozą, raz rymem — walczymy z propagandowym reżimem) jest odkryciem roku konserwatywnego Internetu.
Ostatnio opublikowane artykuły tego autora

wSensie.pl to polski portal internetowy, którego celem jest dostarczanie Czytelnikom najwyższej jakości informacji i opinii. Na naszych stronach znajdą Państwo najważniejsze informacje ze świata polityki i gospodarki, liczne wywiady i komentarze oraz wideo. 2018 Copyright wSensie.pl
Zgodnie z rozporzadzeniem możesz cofnąć zgode którą wcześniej nam dałeś. Jednak uprzedzamy że portal może przestać działać poprawnie. Cofnij zgodę.

Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce. Więcej o polityce prywatności możesz przeczytać tutaj.