środa
| 14 listopada 2018
Marta Maciejewska | 30 października 2018

Patologia w wymiarze sprawiedliwości: Hodowca stracił prawie 300 zwierząt. Dyrektor poznańskiego ZOO bezkarna?

Pysząca to miejscowość w Wielkopolsce, w której jeszcze półtora roku temu znajdowała się hodowla zwierząt "Okapi". Placówkę z powodzeniem prowadził Maciej Maciejewski, hodowca i biolog. Jednak 29 czerwca 2017 roku na terenie ośrodka zjawili się prokurator, policja, lekarze weterynarii oraz prozwierzęcy aktywiści. Panu Maciejowi odebrano zwierzęta, które hodował z pasją. Z uznaniem o działaniach biologa wypowiadał się powiatowy lekarz weterynarii.

Jak poinformował portal epoznan.pl, pod koniec czerwca 2017 roku z placówki pod Śremem zabrano 280 zwierząt, w tym dwa psy. Teraz zapadła decyzja Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, który orzekł, że zabranie psów pana Maciejewskiego było bezprawne. O komentarz w tej sprawie poprosiliśmy poszkodowanego.

– Jeżeli chodzi o to całe postępowanie administracyjne, to ja tak naprawdę nic z tego nie rozumiem. To są bzdury. Spróbuję powiedzieć, jakie są mechanizmy, które od miesiąca wyjaśnia mi mój mecenas. Problem polega na tym, że burmistrz wydał decyzję, która nie zatwierdziła zabrania psów. Uznano, że nie było do tego żadnych podstaw

– powiedział Maciej Maciejewski.

– Może zacznijmy od tego, że cała sprawa dotycząca psów jest absurdalna. Psy w ogóle nie interesowały policji i pozwolono mi je zabrać następnego dnia po interwencji (w czerwcu 2017 roku – przyp. red.) – nie miałem dla nich przygotowanego miejsca w tym dniu… Kiedy przyjechałem je odebrać, zgodnie z ustaleniami, jeden był już wywieziony, a drugi jeszcze na tym terenie, ale policja powiedziała, że mi go nie oddadzą, bo to "decyzja prokuratora". Nic więcej, żadnego pokwitowania, informacji, dlaczego, komu je przekazują, nie wspominając o podstawie prawnej. To tak, jakby policja przyszła do kogoś sprawdzić, czy nie fałszuje dokumentów, ale uznała, że skoro ktoś nie jeździ na rowerze, który stoi w jego piwnicy, to go porzucił, więc zabiorą rower, po czym przekażą osobie przechodzącej przed Państwa domem i nie zareagują na pytania właściciela: co się stało, i dlaczego. A jeśli się okaże, że jednak nie można tak robić, to zaczną się twierdzenia, że "sprawa jest skomplikowana", "na pewno była jakaś podstawa", "przecież tej osobie powierzyliśmy Pana rower, na pewno dobrze się nim zajmie". Dodajmy, że sprawa trwa rok i cztery miesiące

– podkreślił nasz rozmówca.

– Podawano różne tłumaczenia, dlaczego się stało to, co się stało – wiele miesięcy po tym, kiedy faktycznie zabrano mi moje psy. Podobno zwierzęta były wyniszczone, zagłodzone, chore i ranne, później tłumaczono, że zostały porzucone (co ciekawe, porzuciłem je na moim własnym terenie, gdzie miały miejsce do spania i karmę). Psy zabrano w związku z postępowaniem burmistrza (wtedy nie były przedmiotem postępowania, a gdy wreszcie skierowano do niego wniosek, kazał psy oddać). W końcu okazało się, że nie miały dachu nad głową – bo przegapiono budę, gdyż "stała w wysokiej trawie". A sprawa jest bardzo prosta – zabrano psy i już. Gdy się okazało, że chcę je odzyskać, to trzeba było wymyślić jakieś uzasadnienie: "Nie mamy pańskiego płaszcza, i co nam pan zrobi"

– mówił hodowca.

– Zresztą muszę zaznaczyć, że umorzono śledztwo dotyczące porzucenia psów w związku z brakiem znamion czynu zabronionego. Prokuratura nie chce psów, nawet jako dowodu w sprawie. To, że jeden znajduje się u Ewy Zgrabczyńskiej w poznańskim azylu, to jest kuriozum. One nie zostały zatrzymane przez policję, ale policja i tak je przekazała. Po tej decyzji burmistrza odwołali się wszyscy, łącznie z Ewą Zgrabczyńską, dyrektor azylu Poznań, która tak naprawdę nie miała w tym żadnego interesu, ponieważ nie była stroną w tym postępowaniu. Samorządowe Kolegium Odwoławcze nie wypowiedziało się merytorycznie, tylko uznało, że burmistrz nie wypełnił wszystkich formalności, mających na celu wyjaśnienie tej całej sytuacji, choć nie wskazano, co więcej mógłby zrobić. Odwołaliśmy się do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, który powiedział, że burmistrz zrobił wszystko, co miał zrobić. Uznał zastrzeżenia Samorządowego Kolegium Odwoławczego za nieistotne i nakazał Kolegium, na podstawie zgromadzonego materiału, podjęcie decyzji merytorycznej. I to jest właśnie to, o czym teraz rozmawiamy

– powiedział Pan Maciejewski, dodając, że absurdów w tej sprawie było więcej.

– Sytuacja sprzed dwóch tygodni. W piątek dzwoni do mnie mój pełnomocnik, pan mecenas Marcin Dybowski i mówi: Panie Macieju, oddają nam psa. Mówię: Super. Panie mecenasie, kiedy nam go oddają? – W poniedziałek za tydzień. – Fantastycznie

– relacjonował.

– W sobotę pani Ewa Róża Zgrabczyńska, (to nie jest dyrektor) "derektor" azylu Poznań zgłosiła się na Komendę Rejonową Policji w Śremie z informacją, że pies jej uciekł albo został porwany. Podejrzewam, że po konsultacji z prawnikiem, przemyślała tę sprawę i doszło do niej, co to znaczy fałszywe zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Pies się odnalazł – dwa dni później. Wszystkich przeprosiła. To był przecież zupełny przypadek, że pies zaginął dzień po uzgodnieniu terminu jego oddania. Okazało się, że uciekł i się znalazł

– kontynuował Maciej Maciejewski.

– Poniedziałek, godzina 9:00. Dzwoni do mnie pełnomocnik: panie Macieju za tydzień w poniedziałek o godzinie 9:30 odbieramy psa na terenie poznańskiego azylu. Mówię: "Nie zgadzam się na odbiór psa na terenie poznańskiego azylu, ponieważ to, że Zgrabczyńska nie ma pojęcia o bioaskeuracji, nie znaczy, że ja nie będę miał tego pojęcia. To, że w regulaminie poznańskiego azylu jest zakaz wprowadzania psów – pomijam. To, że pies "uciekł" i pięć dni błąkał się po okolicy i stanowił zagrożenie epidemiologiczne dla zwierząt poznańskiego azylu, to jest społeczny interes. Proszę zmienić miejsce. Proponuję Solną, czyli siedzibę Prokuratury w Poznaniu, bądź Kochanowskiego, czyli siedzibę Policji Wojewódzkiej w Poznaniu" – Super, ok. Poniedziałek, godzina 9:30, przed Komendą Wojewódzką Policji odbierzemy psa. Piętnaście minut później telefon: "Panie Macieju, pani Zgrabczyńskiej nie pasuje poniedziałek. Proponuje piątek 9:30 przed Komendą Wojewódzką Policji". – Dobrze, może być piątek. Godzinę później – faks z prokuratury. Prokurator odmawia wydania psa. Dlaczego odmawia? Decyzja prokuratora. Dlaczego taka? Bo taka i koniec tematu

– dodał.

– Pani Ewa Zgrabczyńska wysterylizowała tego psa parę miesięcy temu. Jest to celowe uszkodzenie powierzonego mienia, którego nie była dysponentem, tylko osobą przetrzymującą. Celowe, bo trudno nazwać życiową koniecznością sterylizację psa, ponieważ "doktor od myszy" uznał, że to jest lekarstwo na włóczęgostwo – a więc trudno je nazwać przypadkowym. Wysterylizowała, a tak nie wolno robić. Dlatego prywatnie uważam, że szanse na odzyskanie drugiego psa są zerowe, bo Zgrabczyńska go nie puści. Okaże się, że jest wysterylizowany i będzie musiała za to odpowiadać

– ocenił biolog.

– Dlatego tak naprawdę to, co wydaje Samorządowe Kolegium Odwoławcze, Wojewódzki Sąd Administracyjny, to co mówi prokuratura, to i tak jest jeden wielki pic, bo i tak tego psa nie odzyskam, ponieważ nikt nie pozwoli sobie na to, żeby on wrócił i żeby okazało się, że tak naprawdę zwierzę zostało nielegalnie zabrane – nie ma żadnych dokumentów i nielegalnie przekazane Zgrabczyńskiej – bo powinno pojechać do schroniska. Na to wszystko są ustawy. Jacy ludzie podjęli decyzję? Dziennikarka? Jakie ona ma przygotowanie merytoryczne? Ewa Zgrabczyńska, specjalistka od behawioru myszy?

 – stwierdził nasz rozmówca.

– Szanse na odzyskanie pozostałych zwierząt uważam za zerowe. Padło ponad dwadzieścia zwierząt. Niestety o tym nie wiem. Myślę, że nikt tego nie wie do końca: co podało, gdzie padło i jak padło. Padają zwierzęta w warszawskim ZOO na skutek fantastycznych odłowów i tej całej akcji, a tutaj w poznańskim azylu była prawdziwa epidemia. Poleciało dużo antylop. Słyszę ze źródeł, że Zgrabczyńska zdążyła wykastrować kuana, bez zgody i wiedzy prokuratury, co jest nielegalne. Słyszę, że ma jutro kastrować tygrysy, że ma kastrować wszystkie kopytne. Prokuratura robi wielkie oczy. Nikt nic o tym nie wie, a ona robi swoje. Chyba jakaś bezkarność dotyczy tej pani

 – ocenił Pan Maciejewski.

– Szansa na odzyskanie zwierząt? Za ile lat? 5? 7 lat? Przecież połowy z tego już nie będzie. Bo w tę stronę to idzie. Zgrabczyńska, dopóki będzie dyrektorem azylu poznańskiego, nie odda tych zwierząt. W zeszłym roku pomyliła Arktykę z Afryką i umieściła zagrożone wyginięciem oryksy szablorogie na najbardziej mokrym i najzimniejszym wybiegu w poznańskim azylu, bez pomieszczenia wewnętrznego. Padały. Przyjechała kontrola z powiatu. Stwierdziła: nie mają miejsca, nie mają stajni. Padały z przyczyn niezabezpieczenia odpowiedniego miejsca. Donieśliśmy do prokuratury – umorzyła sprawę z braku znamion czynu przestępczego. Przecież to jest znęcanie się nad zwierzętami. Trzymanie antylop afrykańskich w padającym, marznącym śniegu. Ale prokuratura nie zauważyła tutaj żadnych znamion. Myślę, że będzie analogiczna sytuacja, jak z psami. Wykastrowane, zniszczone, przetrzymywane w skandalicznych warunkach, po prostu nie wrócą, bo albo padną, albo będą się bali je oddać. Powiem więcej. Nikt nie wie, gdzie przebywają zwierzęta za granicą, podaje się różne adresy. Gdzie indziej wyjechały, a gdzie indziej są. Pomijam już zwierzęta, które wyjechały bez żadnych dokumentów, bez informowania kogokolwiek. Nie muszę mówić, kto był za relokację odpowiedzialny

– dodał hodowca.

– Dzisiaj złożyliśmy zażalenie na policjantkę prowadzącą sprawę. Okazuje się, że 29 czerwca 2017 roku na terenie Pyszącej było pięciu lekarzy weterynarii. Wszyscy mówili: zwierzęta w dobrej formie, zwierzęta przestraszone interwencją, nic nie zagraża ich życiu i zdrowiu. Była dyrektor poznańskiego azylu, która nie podpisała się na żadnym dokumencie, na żadnej decyzji, była tam panią-nikim. Decyzję o wywozie 280 zwierząt podjęła sierżant sztabowy policji, więc zapytaliśmy Komendanta Wojewódzkiego Policji, jakie wykształcenie biologiczne ma ta pani. Ona tak naprawdę mogła mieć tylko spostrzeżenia. Nie mogła nic wnosić, bo się na tym nie zna. Dostaliśmy odpowiedź, że to nie jest przedmiotem sprawy, pani sierżant jest kryształową osobą, jak mi się coś nie podoba, to mogę złożyć donos do prokuratury

– relacjonował Maciej Maciejewski.

Fot. YouTube Telewizja Republika

Opublikował:
Marta Maciejewska
Author: Marta Maciejewska
O Autorze
Absolwentka politologii, dziennikarka oraz pasjonatka archeologii i historii. Uwielbiam zwiedzanie wszelkich muzeów, zapach książek i dobre seriale.
Ostatnio opublikowane artykuły tego autora

wSensie.pl to polski portal internetowy, którego celem jest dostarczanie Czytelnikom najwyższej jakości informacji i opinii. Na naszych stronach znajdą Państwo najważniejsze informacje ze świata polityki i gospodarki, liczne wywiady i komentarze oraz wideo. 2018 Copyright wSensie.pl
Zgodnie z rozporzadzeniem możesz cofnąć zgode którą wcześniej nam dałeś. Jednak uprzedzamy że portal może przestać działać poprawnie. Cofnij zgodę.

Ta strona wykorzystuje pliki cookie

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na „x” w prawym górnym rogu tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce. Więcej o polityce prywatności możesz przeczytać tutaj.